Mazury – dzikość i poezja

Dla niecierpliwych! – na samym dole będzie Krótko, zwięźle i na temat, przewińcie sobie 😀
Mazury na weekend – trochę przedłużony, bo z piątkiem. Okolice Rucianego – Nidy.

Ten wyjazd wymyśliłam dla nas już daaaawnooo… Pewnie też tak macie, że zaplanujecie gdzieś wyjazd, a później okazuje się, że nie dostaliście urlopu albo trafiliście gdzieś okazję, albo nabraliście ochoty na zupełnie inne miejsce… Albo po prostu nałogowo planujecie w ilości niedostosowanej do Waszej mocy przerobowej – jak my 😉 U nas już niezły składzik powstał…

Mazury mieliśmy zaplanowane jeszcze zanim okazało się, że będziemy rodzicami. A teraz, wykorzystując ostatnie dni mojego urlopu macierzyńskiego i zaległy urlop Mietka z zeszłego roku, zrealizowaliśmy część naszego planu – trzydniowy weekend na Mazurach.

Jak było?

Dzień pierwszy – piątek

Planowaliśmy wyruszyć z samego rana i praaaawie się udało. Ogarnięcie się zajęło nam zaledwie ponad dwie godziny. I niczego nie zapomnieliśmy!

Mała współpracowała, bo przespała połowę drogi i potrzebowała tylko jednej krótkiej przerwy na jedzenie na stacji paliw. Mietek w międzyczasie wyskoczył kupić sobie Bake Rollsy, bo mu się kanapka z domu zeschła i jej nie chciał. No tak, genialne, zamiast suchej bułki – suszony chleb! (Później okazało się, że ten suszony chleb nam życie uratował!)

Na miejsce dojechaliśmy za wcześnie na kwaterowanie w pokoju, postanowiliśmy więc odwiedzić klasztor staroobrzędowców w Wojnowie. Po zaparkowaniu tam nie wiedzieliśmy do których drzwi zapukać i czy jest jakaś granica terenu prywatnego właścicieli. Pokręciliśmy się po podwórku i doznaliśmy naszego pierwszego zachwytu – zimowe jezioro! Może wstyd się przyznać, ale dla nas to zupełnie nowy widok – i jaki wspaniały! Dodatkowy szok – pan sobie w przeręblu łowił ryby. Mrozu było zaledwie kilka stopni i ja nie odważyłabym się nawet wejść na jezioro przy brzegu…

Po odnalezieniu dzwonka u odpowiednich drzwi mogliśmy wejść do Muzeum Ikon i Kultury Staroobrzędowców. Pan otworzył nam drzwi i się oddalił, nic nie wspominając o biletach… Ale w kaplicy stała taca, a więc coś na tacę rzuciliśmy 😉 Niestety, był zakaz robienia zdjęć w środku…

Z kaplicy prowadzi ścieżka na niewielki cmentarzyk – to nasz kolejny zachwyt. Wśród drzew białe krzyże zwrócone w stronę jeziora… Mieliśmy też to szczęście, że wyszło słońce i padające cienie dodawały nieziemskiego uroku całemu miejscu.

Klasztor – obecnie Muzeum Ikon i Kultury Staroobrzędowców – tam szukajcie dzwonka do drzwi.

 

Cmentarz – niezwykły widok

Po tych wrażeniach i świeżym mazurskim powietrzu mocno zgłodnieliśmy. I tu smuteczek – wszystko zamknięte! (Jeden lokal otwarty, ale akurat stypa była…) Spodziewaliśmy się, że poza sezonem nie wszystko będzie czynne, ale żeby tak nic? Tak zupełnie nic? Tak głodnych nie nakarmić ani troszeczkę? Nawet sklepy spożywcze zamknięte – nie wszystkie, ale sporo. Po kilku nieudanych próbach zjedliśmy te Bake Rollsy ze stacji i ruszyliśmy do stacji PAN w Popielnie.

Aaaaa ze stacją PAN w Popielnie to było tak… Napisałam maila jeszcze przed Bożym Narodzeniem i zapytałam, czy zimą w ogóle można tam wejść. Odpowiedź otrzymałam dość szybko, można, a jakże, od poniedziałku do piątku 8.00 – 16.00, ale wcześniej trzeba się umówić mailowo lub telefonicznie. Kilka dni przed naszym wyjazdem chciałam nas zapowiedzieć na piątek na 14.00, maila wysłałam, ale odpowiedzi się nie doczekałam… Próbowaliśmy się dodzwonić – nic. Mimo wszystko zależało mi na dotarciu tam na 14.00, a nuż ktoś będzie na nas czekał. Taaak…. Nadzieja matką głupich, a odpowiedzi do tej pory nie mam 😉

Na szczęście Miły Pan Pracownik Stacji powiedział nam, że możemy się sami pokręcić po terenie i nikt nas nie wygoni, nie będziemy mogli tylko wejść do Muzeum. To się pokręciliśmy i nie żałujemy! To widok z Popielna na Śniardwy został naszym numerem jeden wśród zimowych jezior. Poza tym wspaniałe konie i jedyna w Europie ferma bobrów – ale chyba sobie spały 🙂 Z przewodnikiem pewnie zobaczylibyśmy więcej, dlatego Wam polecamy dużo wcześniej zacząć się umawiać na wizytę 😀

Znak na drodze dojazdowej do stacji

Duuuużo koni 🙂

 

Zimowe Śniardwy – na żywo duuużo lepszy efekt!

Na pokrzepienie sił obiadokolacja (to słowo na wieczność kojarzyć się będzie z koloniami szkolnymi…) w Koloradzie – lokalu, który uwiódł nas jedną, najważniejszą rzeczą – jako jedyny w Rucianem był otwarty. Uwaga, zjedliśmy pizzę i zdajemy sobie sprawę, że to słabe jeść pizzę na Mazurach, że nie wypada, że ryby, gęsina, kaczki, grzyby i takie tam lokalne smaki z darów jezior i lasów… Ale był Dzień Pizzy! Gdyby ktoś był ciekawy naszych doznać – pizza ok, można brać 🙂

W drodze na nocleg zatrzymaliśmy się na chwilę przy śluzie Guziance, z której słynie Ruciane. Obok jest też bunkier wieżowy. Przy tych atrakcjach nie zabawiliśmy dłużej… Znacznie ciekawszym niż oglądanie śluzy byłoby zapewne skorzystanie z niej, ale to może kiedyś. (I znowu ta lista wyjazdów się wydłuży!)

Dzień drugi – sobota

Ten dzień Mała zaczęła nam po 5.00, a mieliśmy nadzieję, że atrakcje poprzedniego dnia ją zmęczą i trochę da pospać… Nic z tego, zjadła śniadanie, wręczyła Tatusiowi czapkę i szalik – ubieraj i zwiedzamy dalej, szkoda tracić czas!

A my dopiero na 10.00 zaplanowaliśmy pierwszy punkt, czyli Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Przyjechaliśmy oczywiście sporo za wcześnie, ale z Marudą w pokoju już wysiedzieć się nie dało. Na miejscu okazało się, że wejście jest o 10.30, co przedłużyło nam czas oczekiwania do godziny… Ale nie był to czas stracony! Pan z Parku Zwierząt polecił nam udać się na herbatę do Oberży pod Psem – po sąsiedzku. Byliśmy w szoku, że jest otwarta – po poszukiwaniach z poprzedniego dnia…

Oberża skradła nasze serca! Klimatyczny wystrój, piękna malowana zastawa, trzaskający w kaflowej kuchni ogień (a na kuchni coś pysznego się gotowało!), zapach świeżo upieczonego chleba, pies i koty ocierające się o kolana pod stołem. Dodajcie do tego zimowy krajobraz za oknem! Czuliśmy się jak przeniesieni na karty powieści fantasy, jakby zaraz jakiś zabłąkany wędrowiec miał wejść z jajem smoka albo posłaniec z orędziem od króla…

Niestety, Mietki to niezbyt ogarnięci ludzie… Mieliśmy nikły zapas gotówki, a kartą płacić nie można ani w Oberży, ani w Parku Dzikich Zwierząt. Najbliższy bankomat oddalony o kilkanaście kilometrów. Musieliśmy zadowolić się herbatą/kawą i rosołem z dzika z pierożkami. I to rosołem na pół! Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że rosół miał być z pierożkami, a był z wielkimi pierogami, ale umówmy się – czy to jest wada? 😉

Kolejna wada braku gotówki – nie zaszliśmy do XIX – wiecznej chałupy-muzeum, która była w głębi posesji…

Za to Park Dzikich Zwierząt  – to jest to. Uwaga – nie wybierajcie się tam z wózkami. Wchodzi się wprost do sektorów ze zwierzętami i obcuje z nimi oko w oko – z tymi niegroźnymi… A między sektorami przechodzi się po schodkach – drabinkach (zobaczcie na zdjęciach). Pan Przewodnik – świetny! Prawdziwy miłośnik zwierząt, a do tego nie przynudzał. Miał ze sobą marchewki dla podopiecznych i nawet jedną mogłam dać! Cała trasa trwa półtorej godziny i nie można zrezygnować w trakcie. Niektóre ze zwierząt są niezwykle towarzyskie wobec ludzi, inne ledwo zaszczycą gości spojrzeniem albo i to nie. Pan Przewodnik polecał nam odwiedziny na wiosnę, wtedy jest dużo młodych. A wiadomo, że maleństwa są najsłodsze 😉

Mniam! Ten kocyk wygląda smakowicie!

Nieco zmarzliśmy i baliśmy się o zdrowie Małej po tym spacerze, ale ona nie miała nawet kataru! Krótka rozgrzewka w pokoju i… czas na Pranie. Leśniczówkę w Praniu, oczywiście, w której jest Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. A nazwa wcale nie pochodzi od tego, że robił on tam sobie pranie, ale od… mgieł!

Z podwórka leśniczówki mieliśmy kolejny fenomenalny widok na jezioro. Mietek stwierdził, że w takich okolicznościach przyrody to i on zostałby poetą. Skromniś! Do zachwytów nad pięknem otoczenia dołączyła do nad Miła Pani z Muzeum, która mieszka w okolicy od niedawna i nieustannie czymś ją mazurska natura zaskakuje. Niestety, nie mogliśmy się dostatecznie dobrze wczytać w treść wystawy, bo Małej nie zainteresowało. Wolała wdzięczyć się przed innymi gośćmi niż oglądać 🙂

Obiadokolacja znowu w Koloradzie, tym razem pierogi z gęsiną – pyszotka – i okoń w maśle czosnkowo – ziołowym – też dobry. Ale moje pierogi lepsze, ha! Chociaż raz nie żałowałam swojego wyboru 😀

Na zakończenie poszliśmy w las – szukać głazów narzutowych w Wojnowie. Sprawę utrudniał fakt, że nie są one nijak oznaczone i biedni turyści błądzą po lesie… Ja i Mała poddałyśmy się szybko, już po kilkunastu sporych kamieniach stwierdziłyśmy, że jednak oczekiwałyśmy czegoś więcej i wróciłyśmy rozczarowane do samochodu. Małą wyjęłam z nosidła, zainstalowałam w foteliku i czekamy. Mietka nie ma. Mała jęczy. Mietka nie ma. I nie ma. Wołam. Nic. No żesz, zachciało mi się głazów narzutowych, pewnie gdzieś się pośliznął i uderzył o kamień, i co ja teraz zrobię? Iść szukać? Mała jęczy. No chyba trzeba iść szukać. Znowu wyjąć z fotelika, wsadzić w nosidło… A nie, wrócił wreszcie! Po prostu znalazł te właściwe głazy trochę dalej 😉

Dzień trzeci – niedziela

Mała zrobiła nam budzenie o 3.00… A co tam, że cisza nocna, że ciemno, że zimno, że wszyscy śpią. Chodźmy zwiedzać! Zapał godny pochwały…

Na początek – Wojnowo – tak, znowu 😉 teraz cerkiew, molenna i znowu te głazy… Dwa pierwsze punkty niestety zamknięte. Za to przed poszukiwaniem głazów spotkaliśmy Bardzo Miłego Pana, który sporo nam opowiedział o okolicy, a na przykład to, że mieszka w domu, który dawniej należał do dóbr klasztoru, że klasztor ma dużo ziemi – od jeziora aż po las. I że molenna otwierana jest w każdą niedzielę o 8.00 na nabożeństwo. Poza tymi dniami, w które jest mróz, wtedy im się nie chce 😉 na nasze nieszczęście mróz akurat był… Za to głazy były czynne i Bardzo Miły Pan powiedział nam jak je znaleźć, ubolewał również nad ich mała ilością – w porównaniu do dawnych czasów. Niestety, ludzie wykorzystali je do budowy dróg i domów… W zamian podrzuciliśmy naszego informatora do sklepu po lekarstwo 😉

Kamienie zakamuflowane pod mchem

A sami spakowaliśmy się do mietkowozu i pojechaliśmy – nie, nie do domu! – do Pisza! Co tam jest ciekawego? Rynek z ratuszem i Kamienną Babą (znowu kamienie!). Ratusz jest naprawdę okazały! Blisko – z rynku widoczny – kościół św. Jana Chrzciciela z wieżą z XVII wieku.

I najważniejszy punkt wycieczki dla Mietka – zespół niemieckich schronów wojskowych z II wojny światowej. Znowu leśne poszukiwania, jak nie kamienie to bunkry… Pierwszy bunkier pięknie odnowiony, w trzecim natomiast skład butelek szklanych…

W Piszu skusiliśmy się na obiad w pizzerii U Nowaków, bo akurat było do jedyne miejsce otwarte od 10.00. Pośpiech jest złym doradcą… Ja swojego spaghetti nie zjadłam, nie chciałam ryzykować rewolucji żołądkowych w drodze powrotnej. Mietkowa pizza jakoś dała radę. Podsumowując – bar szybkiej obsługi z kawą rozpuszczalną, niezbyt świeżym spaghetti z zamrażarki i pizzą z ketchupem.

Za powrót brawa dla Małej, ponownie tylko jeden przystanek i ładna drzemka. Oby tak dalej!

Nasze mazurskie zachwyty:

  • mazurskie jeziora w zimowej odsłonie – na pierwszym miejscu Śniardwy
  • Oberża pod Psem w Kadzidłowie- smacznie i klimatycznie
  • Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie – aż chce się wrócić na wiosnę!
  • cmentarz staroobrzędowców – może to chwilowa impresja, ale miałam ciarki…

Mazury na weekend – krótko, zwięźle i na temat

Środek transportu – mietkowóz (i bez samochodu raczej nie da się tam przemieszczać)
Koszt transportu – koszt paliwa

Nocleg – Dom nad Krutynią, Ukta 50, tel.: 602 747 225, mail: pokoje@nadkrutynia.pl
Za pokój dwuosobowy zapłaciliśmy 90 zł za noc.
Dwa oddzielne łózka – można zsunąć, materace wygodne i nie skrzypią, pokój i łazienka czyste.
W korytarzu lodówka i czajnik elektryczny, naczynia można pożyczyć od gospodyni.
Minus – w łazience było zimno….

Wojnowo:
– Klasztor staroobrzędowców
od wtorku do niedzieli 9.00 – 19.00
wejście za na tacę
-Cerkiew
obecnie zamknięta, można umówić się na zwiedzanie pod nr 660 707 570 (dzwonić do 18.00)
– Molenna
otwierana w niedziele o 8.00 na nabożeństwa
– Głazowisko
czynne non-stop 🙂

Ruciane – Nida:
– śluza Guzianka
czynne non-stop (do oglądania, a nie przepływania)
– bunkier (jest niby jakieś zwiedzanie, ale żadnych więcej informacji brak, podobno w sezonie jest czynny codziennie)

Kadzidłowo:
– Park Dzikich Zwierząt
zimą – pon – pt – wejście o 12:00
weekendy – wejścia o 10:30, 12:00; 13:30
dorośli 18 zł
dzieci 9zł (Mała za darmo)

Popielno:
– stacja PAN
od poniedziałku do piątku 8.00 – 16.00 – trzeba się umówić

Pranie:
– Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
czynne 9.30 – 17.00
od początku listopada do końca kwietnia – środa – niedziela
maj, czerwiec, wrzesień, październik – wtorek – niedziela
lipiec, sierpień – codziennie
dorośli 6zł
ulgowe 4zł (Mała za darmo)
fotografowanie 4zł

Jedzenie:
– Kolorada, Ruciane – Nida – polecamy pierogi z gęsiną 🙂 (cena za pierogi 21-27zł, są różne rodzaje)
– Oberża pod psem – polecamy całość, nie mieliśmy okazji zjeść wiele… (ceny nie są z kosmosu, rosół z pierożkami za 15 zeta)
– Pizzeria u Nowaków, Pisz – no raczej ja nie polecam. Mietek mówi, że na pizzę można iść – chociaż tanio jest 😉

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.