Misja „Dęblin”

– Jedziemy jutro gdzieś?
– Możemy, ale gdzie?
– Właśnie nie wiem, nie mam pomysłu…
– … … Niemożliwe, masz gorączkę? Dobrze się czujesz?

Oczywiście pomysłów miałam aż nadto i nie mogłam się zdecydować. Padło na Dęblin. Z czym kojarzy Wam się to miasto? Z wojskiem? Całkiem słusznie. Można poczuć się tam bardzo „militarnie”.

Muzeum Sił Powietrznych

Punkt pierwszy naszej wyprawy. Los nam sprzyjał i trafiliśmy na promocję – bilety ulgowe zamiast normalnych. Co mogę napisać o muzeum? W sprawach technicznych jestem kompletnym laikiem, ledwo umiem odpalić samochód, jechać nim i zaparkować. Chociaż z tym ostatnim to też nie jest najlepiej. Na pewno dla amatorów lotnictwa (lub szerzej – techniki) jest to nie lada gratka. Widzieliśmy tam małych chłopców biegających z zachwytem. Co ja widziałam? Dużo samolotów. Różnych. Mniejszych, większych i ogromnych. Widok z tarasu muzeum na maszyny wystawione na zewnątrz robi wrażenie. Człowiek nieco poważnieje i czuje respekt…
Wewnątrz muzeum zobaczymy pamiątki i makiety związane z lotnictwem. W zaaranżowanym domku piloci po służbie mają nawet nad polowymi łóżkami plakaty pań w stylu retro 😉
A co zaciekawiło najbardziej kobietę w tym technicznym muzeum? Przyrządy do ćwiczeń dla przyszłych pilotó. Aż kręciło się w głowie od czytania instrukcji obsługi tych wehikułów. Mietki do lotnictwa z pewnością się nie nadają, wolimy swoje przyziemne posady…

Uwaga! Muzeum to: ekspozycje wewnątrz budynku, wystawa maszyn na zewnątrz i hangar! Nie zapomnijcie o tej ostatniej części, bo podobno zwiedzający często ją przegapiają.

Miasto

W trakcie wizyty w muzeum nasza Mała miała humor przytulasto – marudzący, który jest oznaką wielkiej senności (chociaż nigdy by się do tego nie przyznała!). Żeby jej pomóc i łagodnie ukołysać do snu postanowiliśmy przespacerować się główną ulicą i zobaczyć, co nam zaproponuje.

Natknęliśmy się na fontannę w kształcie konturu Polski z zaznaczonymi rzekami i większymi miastami. Wnioskujemy, że to fontanna, bo jeszcze nie ma sezonu i nie działała. Ciekawe rozwiązanie, ale ciężko na pierwszy rzut okaz rozpoznać co to właściwie jest. Ja na nią weszłam, trochę podeptałam i dopiero po odczytaniu pierwszego podpisu miasta zorientowałam się z czym mamy do czynienia.

Idąc przez miasto trudno  dostrzec jakąś restaurację (poza kebabem). Musieliśmy włączyć do poszukiwań Google Maps. Głód na nas wpłynął i wybraliśmy opcję najbliższą, która miała też dobre opinie. Tit-bit to mały lokalik z bardzo korzystnymi cenami – zestaw dnia (dwudaniowy obiad) to zaledwie 13 złotych! A oferta obowiązuje też w weekendy. Niestety, nie ma kawy z ekspresu i męczyłam się z fusiastą „plujką”. (Ale mi się marzą luksusy, co nie?)

A Mała po drzemce i zjedzeniu kilku śląskich klusek pozaczepiała innych gości, potańczyła na środku sali i była gotowa ruszać dalej.

Fort Mierzwiączka

Fort Mierzwiączka (koniec XIX wieku) to najlepiej zachowany z dęblińskich fortów (cytadela całego zespołu Twierdzy Dęblin jest na terenie wojskowym i nie ma co liczyć na jej obejrzenie). Najlepiej zachowanym nie znaczy wcale dobrze zachowanym. Całość jest opuszczona i niszczeje, pełno tu śmieci i dzieł elokwentnych mistrzów sztuki graffiti. Po wejściu do środka robi się od razu kilka stopni chłodniej i całkiem ciemno – potrzeba latarki. Duże sale i sieć podziemnych korytarzy robią wrażenie. Na mnie nieco nieprzyjemne, ale jednak wrażenie. Z powodu różnych strachów, bardziej lub mniej prawdopodobnych (bezpańskie psy i koty, nietoperze, inne zwierzęta lub – nie daj Boże – ludzie, zjawy, zombie i te sprawy), dość szybko z Małą się ewakuowałyśmy ze środka i podziwiałyśmy z zewnątrz.
Całość tworzy mroczny, niepokojący klimat. Idealna sceneria dla filmu grozy lub kryminału. Co nie znaczy, że nam się nie podobało. Podobało się! Czuliśmy się jak prawdziwi odkrywcy i poszukiwacze przygód. Chyba kiedyś napiszę książkę o skarbie ukrytym w tych podziemiach 😉

Dworzec kolejowy i ulica Dworcowa

Zabudowania z tej okolicy pochodzą z końca XIX – początku XX wieku. Powstała wtedy kolej, łącząca Dęblin z innymi strategicznymi punktami, a wraz z nią dworzec i wille dla pracowników. Murowane – dla tych ważniejszych, a drewniane dla mniej ważnych.

Sam budynek dworca jest odnowiony i zadbany, ale okolica nieco przygnębiająca. Wille – dawniej luksusowe – niszczeją, a wspomnienie dawnego blasku jeszcze pogłębia przykre wrażenie obecnego niedostatku.

 

Zespół pałacowo – parkowy

Dębliński pałac należał do rodu Mniszchów, z którego pochodziła żona cara Dymitra Samozwańca (a nawet żona dwóch Samozwańców – tego z numerem I i z numerem II).
Obecna klasycystyczna forma pałacu to efekt przebudowy z XVIII wieku, wzorowanej na warszawskich Łazienkach.

Można byłoby powiedzieć, że pałac i otaczający go park to taka romantyczna enklawa, w której można skryć się przed wszechobecną w Dęblinie wojskowością. Można byłoby tak powiedzieć, gdyby nie fakt, że pałac należy do Wyższej Szkoły Oficerskich Sił Powietrznych, a obchodząc go dookoła widzimy żołnierzy z bronią w ręku – część parku należy do jednostki wojskowej.

Swoją drogą – czy to nie paradoks, że służby mundurowe, które dbają o nasze bezpieczeństwo, wzbudzają w nas właśnie poczucie braku bezpieczeństwa, niepokój i nieuzasadnione wrażenie bycia podejrzanym?

Nasze wrażenia

Dęblin nie był dla nas zaskoczeniem. Kojarzył nam się z wojskiem i tak pozostanie. Polecamy każdemu miłośnikowi tego tematu. Nie spodziewaliśmy się aż tylu ciekawych rzeczy do zobaczenia – mieliśmy wpaść na chwilę, a zostaliśmy na cały dzień. W Muzeum Sił Powietrznych było ciekawie, a do tego bardzo miła pani opowiadała nam o tym, co oglądaliśmy. Tam zajrzyjcie koniecznie, nawet jeśli będziecie tylko przejazdem.

Krótko, zwięźle i na temat

Muzeum Sił Powietrznych
czynne:
listopad – marzec: od wtorku do soboty 9:00-14:30
kwiecień – październik: od wtorku do soboty 9:30-16:30
bilet normalny 10zł, ulgowy 4zł

Pozostałe atrakcje bez biletów 🙂

Tit-bit
ul. Okólna 45
zestaw dnia po 13zł, kawa 4,50zł

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.